czwartek, 10 kwietnia 2014

Rozdział pierwszy

Dobijał się do drzwi dobrą minutę, zanim otworzyłam  szeroko oczy. Słyszałam, jak energicznie szarpie za klamkę, wprawiając drzwi w hałaśliwe drganie, wołając jednocześnie  moje imię z przerażeniem w głosie. Niewzruszona leżałam dalej, uśpiona i całkowicie zobojętniała. Zwyczajnie spałam. Zwyczajnie unosiłam się, lekko nieżywa.  Z kolejnym walnięciem Jego pięści o zimne drzwi, poruszyłam się gwałtownie, szeroko otwierając oczy. Jasne światło z lampy wiszącej wysoko na suficie  ugodziło mnie w źrenice. Zmrużyłam  silnie oczy, wykrzywiając usta w przykrym grymasie.  Hausty powietrza łapałam machinalnie, zaciskając  boleśnie palce na krawędzi białej, lodowatej wanny. Woda, w której leżałam, poruszała się niespokojnie, wzburzona przez moje nagłe zerwanie się. Wzburzonymi falami uderzała o wannę, pluskając co chwilę małymi kropelkami w moją przerażoną, zdezorientowaną twarz.  Wystygła całkowicie.  Otaczała moje drżące ciało potęgując stygnięcie organizmu. Pływałam bezwładnie w lodowatej wodzie, przykryta jeszcze ostatnimi puchatymi drobinkami piany.  Mokre kosmyki  czarnych włosów lepiły się w dzikich wzorach do szyi, piersi i pleców. Piana przykrywająca klatkę piersiową co chwilę zjeżała  niżej, odsłaniając skrawki bladego, wyziębłego ciała. Zadrżałam mocno, zaciskając ręce w pięści i przymykając oczy. Sine wargi, które zazwyczaj z całych sił zaciskam, teraz przycisnęłam mocno, powstrzymując szczękające zęby. Justin uderzył z impetem w drzwi  - kolejny raz. Już miałam otwierać posiniałe usta i uspokajać Go głosem, gdy drzwi stanęły otworem.  Byłam w zbyt wielkim osłupieniu, wybudzona ze snu hałasem, by od razu się odezwać. Wzdrygnęłam się i zadarłam głowę w stronę przerażonego chłopaka. Brązowe, ogromne oczy Justina. Stał w progu, cały blady na twarzy. Szeroko otwarte  oczy i powiększone, tajemniczo czarne źrenice przeszywały mnie boleśnie. Stał w rozkroku, gotowy do doskoczenia w moim kierunku jak najszybciej.  Koszulka, która opinała mu klatkę piersiową drgała przez Jego przyśpieszony oddech. Był zdenerwowany, zlękniony i spanikowany. Zamknął malinowe, pełne usta, widząc, że żyję, oddycham, zaczynam się coraz mocniej czerwienić.  Nie przerywając naszego spojrzenia, wypuścił ze spierzchniętych ust powietrze ze świstem, który dotarł do moich uszu nieprzyjemnym dźwiękiem. Spuścił ramiona, kiwając głową, a włosy jak zwykle opadły mu na czoło.
- May, co ty wyprawiasz?

Zamknęłam oczy, wciąż sapiąc zdenerwowana i przerażona. Gwałtowna pobudka. Przyśpieszone tętno. Mrożąca woda opływająca rozbujanymi falami ciało. Otworzyłam szeroko usta, oddychając pewniej. Zjechałam po ściance wanny,  zanurzając się głębiej w wodę. Podrażniła moje ramiona, wprawiając je w drżenie. Przymykałam oczy, powstrzymując szczękanie żuchwy. Uświadamianie  w beznadziejności tej sytuacji całkowicie mnie zgromiło. Chłodna dłoń zjechała do wody, wprawiając taflę w kołysanie. Wyciągnęłam mokre ręce spod piany, przejeżdżając nimi po zmęczonej twarzy. Opuszkami palców czułam wychłodzoną skórę policzków.  Otworzyłam oczy, natychmiast je mrużąc przez rażącą lampę. Otwierając spuchnięte, szczypiące oczy, zerknęłam w Jego stronę. Stał tam, gdzie wcześniej zastygł w bezruchu, pogrążony w przerażeniu. Dochodziło chyba do Niego, że nic  mi nie jest. Że zrobiłam mały wybryk, zasypiając nieszkodliwie w wannie. Że oddycham, w moich żyłach płynie lekko wyziębiona krew, niebieskie oczy zerkają w Jego stronę. Byłam tu - co prawda lekko chłodna, ale żywa w pełni.  Napędzony strachem, tkwił w tym samym miejscu, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w kafle na ścianie, tuż za moimi nagimi ramionami. Zasyczałam z zimna. Podszedłszy do wieszaka, zdjął z niego puchaty, biały ręcznik. Jedną ręką poprawiając spadające dżinsy, zbliżył się do mnie. Zadarłam głowę, przymykając powieki i obserwując Go bacznie. Schylił się nade mną jak nad małą dziewczynką, rozkładając ręcznik przed moimi oczyma. Już miałam protestować i zapierać się rękami i nogami, nie chcąc wychodzić spod piany. Wyciągnął palce w moją stronę i odgarnął mokre kosmyki z czoła. Wzdłuż kręgosłupa kolejny raz przemknęła błyskawica zimna.  Nie znosząc sprzeciwu, złapał mnie lekko za nadgarstek. Nim się zorientowałam, stałam ociekająca wodą, opatulana przez jego ramiona i miękki ręcznik. Zacisnąwszy na moim nagim ciele ręcznikowe objęcia, przygarnął moje czoło pod swoją szyję. Nie zdążyłam zauważyć, a przefrunęłam nad krawędzią wanny, mocząc kropelkami wody dywanik. Poderwana od ziemi, już na niej nie stanęłam. Zostałam schowana w szerokich ramionach Justina. Okrył mnie szczelniej dużym ręcznikiem i niewzruszony, przygniatając brodą moje czoło, wyszedł z łazienki. Szczęka trzęsła się z zimna.
- Od dziś nastawiam ci budziki, gdy idziesz brać kąpiel. Prawie umarłem ze strachu.
Wychrypiawszy to przy moim uchu, sprawił całkowicie nieświadomie, że kolejny raz zadygotałam. I sama nie wiem, czy przez ten ton głosu, czy przez zimno, czy przez te perfumy, którymi pachniała Jego szyja, do której sam mnie przytulił. Zatchnęłam się, przytrzymując palcami Jego czarnej koszulki. Kołysał mną, powoli przechodząc przez przedpokój. Nie wiem, gdzie mnie taszczył. Serce powoli przestawało mi bić. Zabita aromatem perfum upajających mnie tak mocno. Echem rozchodził się odgłos mojego tętna. Czułości mi nie brakowało, gdy usiadł na łóżku, zgniatając sprężyny, które wyjątkowo teraz przypomniały o sobie, brzdękając. Nie wypuścił mnie z ramion. Usiadł głębiej na materacu, zasłaniając  moje gołe nogi ręcznikiem. Przymknąwszy oczy czułam, jak wplata palce w moje mokrawe włosy. Rozplątał niechlujnego koczka, uwalniając kosmyki z gumki. Moje wilgotne włosy rozsypały się  na Jego dżinsach. Wplątane palce Justina przeczesywały pukle z niewyobrażalną delikatnością. Nie mógł nie poczuć, gdy zadrżałam z przyjemności, podkurczając jedną nogę pod brzuch. Żałuję, że mój oddech był przyśpieszony. Zagłuszał śmiech miłości.  Z każdą sekundą czułam coraz więcej dreszczy przenikających moje zimnawe ciało, gdy dotykiem szorstkich palców ogrzewał skórę przedramienia. Głuchłam od wrzasków rozkoszy. Nachylał się nade mną, otaczając twarz troskliwymi oczami, w których widniały te kochane iskry. A we mnie tliła się nadzieja. Trochę wilgotna od uczuć. Wilgotna nadzieja? Przecież nie płakałam. Tylko drżałam na Jego kolanach, zastanawiając się w świadomości, co ja mam robić. Jak mam pomóc tej chodzącej, oddychającej, czującej miłości w ciele człowieka? Jeszcze kilka godzin temu pozwoliłam się rozedrzeć na małe kawałki przez strach. Trzymałam między palcami narkotyk, który jeszcze niedawno krążył w żyłach Justina. Strach, który wzburzał mi krew był znienawidzony. Bałam się tak intensywnie, że mroziłam siebie samą chłodem. Panikowałam  po cichu, zastygła w bezruchu i skąpana w nicości myśli. Odrzucałam swoje obawy, krzycząc i przeklinając w podświadomości los. A teraz bałam się tak samo – przeraźliwie. Spoglądałam mu pusto w oczy. Oddychałam tylko ćwiercią piersi. Znowu tak mocno się bałam.
                                                       

                                                    ________________________

Nie spodziewajcie się kolejnego tak szybko.
Wszelkie pytania kierujcie do mnie na tt:
@barballena